Czy samotność jest wrogiem czy przeciwnie? Co lepsze, prawdziwa samotność czy udawany związek?
Jest późny chłodny wieczór. Nostalgiczny, magiczny. W tle rozpływają się
nuty ulubionych ballad. To specyficzny czas, spędzam go w ulubionym
własnym towarzystwie z wyboru. Zastanawiam się czy to normalne lubić
samotność? Ja chyba lubię. Lubię być sam, tak jak dziś, kiedy wieczór
płynie moim spokojnym tempem. Rozmyślając, słuchając muzyki i
odpoczywając od spieszącego się do donikąd świata.
Ballada pierwsza – "Kołysanka dla nieznajomej"
"Kochaj
mnie… Kochaj mnie nie przytomnie, jak zapalniczka płomień. Również
jak studnia wodę". Osamotnienie w związku jest jednym z kilku wymiarów
samotności. Prawdopodobnie najbardziej trudnym i smutnym. Można być z
kimś, a mimo to żeglować samemu do kolejnych portów własnej świadomości.
Udawany związek to prawdopodobnie alternatywa, dla prawdziwej
samotności. Czasami pomaga, aczkolwiek często wprowadza w depresyjne
nastroje. Nie miłość, pokrewieństwo dusz, tylko niestety libido, dziś
staje się fundamentem związku. A może tak jest od zawsze… Według mnie
to prowadzi do uczucia samotności, w okresie bycia z kimś. Tak jak w
tekście piosenki "Posłuchaj co twe ciało mówi" zapomina się o sferze
czysto emocjonalnej, skupiając się na fizyczności.
"List do M" – Ballada numer dwa
"Samotność
to taka straszna trwoga. Ogarnia mnie, przenika mnie." Życie w
pojedynkę bywa trudne, ale prawdziwe. Obserwuję zwierzęta. Te słabe
łączą się w stada, by przetrwać najtrudniejsze momenty. Podobnie chyba
jest z ludźmi. Dobierają się w rodziny, by zminimalizować trud istnienia
w oszalałej cywilizacji. Ale czy to znaczy że silne jednostki mogą
pozwolić sobie na izolacje? Nie wiem. Samotność trzeba lubić, inaczej
bywa dekonstrukcyjna. A może to tylko zwykła ucieczka.
W ten
nostalgiczny wieczór nadal rozmyślam czy samotność jest wrogiem czy
przyjacielem. Co lepsze prawdziwa samotność czy udawany związek?
